
W zaproponowanym projekcie ustawy mówi się o dopłatach dla osób, które straciły pracę z powodu kryzysu finansowego począwszy od drugiej połowy 2008 roku. Dopłaty do kredytów mają być wypłacane maksymalnie przez rok, ich wysokość wynosić będzie natomiast, w zależności od kredytu, od 800 do nawet 1,2 tys. zł.
Według szefa Centrum Legislacyjnego Rządu Macieja Berka, warunkiem uzyskania pomocy jest to, by dana osoba, zarejestrowana w urzędzie pracy jako bezrobotna, kupiła na kredyt swoje pierwsze mieszkanie i faktycznie w nim mieszkała. Cała uzyskana kwota miałaby być także zwrócona w ciągu najdalej 8 lat.
Osobiście nie widzę możliwości zweryfikowania czy dana osoba mieszka w zakupionym na kredyt mieszkaniu. Niejasne są dla mnie także kryteria przyznawania kredytów, co dodatkowo może stwarzać pole do nadużyć. Wypowiedź Macieja Berka dla PAP w tej kwestii „aby otrzymać pomoc, wystarczające będzie, że pracę straci jeden z małżonków, którzy wspólnie wzięli kredyt na mieszkanie" jedynie pogłębia moje wątpliwości.
Wydaje mi się też, że rząd, decydując się na wprowadzenie powyższych przepisów w życie, po części dubluje swój inny pomysł, jakim jest upadłość konsumencka. W zakresie postanowienia o ogłoszeniu upadłości z możliwością zawarcia układu przewiduje ona skutki podobne do zaproponowanego pomysłu.
Skąd wziąć pieniądze?
Innym problemem jest aspekt ekonomiczny realizacje tego projektu. Z zapowiedzi rządu wynika, że 500 mln zł na realizację tego projektu pochodzić ma ze Skarbu Państwa, pozostałe 350 mln zł to środki własne Funduszu Pracy. Mam jednak wątpliwości, czy środki te będą po pierwsze wystarczające przy tak hojnym obdarzaniu wszystkich zainteresowanych (w szczególności, że pomoc ta ma być bezpłatna). Ponadto warto zastanowić się przez chwilę skąd Skarb Państwa weźmie te pieniądze. Do środków z rezerwy budżetowej pretenduje tyle przedsięwzięć, że na ten może już zabraknąć pieniędzy. W takim przypadku nie pozostanie rządowi nic innego jak ponownie sięgnąć bezpośrednio do kieszeni podatników lub pozyskać finansowanie poprzez zwiększenie deficytu, który przecież i tak będzie musiał zostać spłacony z przyszłych podatków.
Michał Kwiatkowski
~dudi