
Dzień upadku banku Lehman Brothers w Stanach Zjednoczonych uznaje się za początek światowego kryzysu finansowego. Jego efekty odczuli również klienci polskich banków. Instytucje finansowe przestały sobie wzajemnie ufać. Na rynek wkradło się coś w rodzaju paniki. Kredyt stał się dużo droższy, również dla Kowalskiego. Jednocześnie - paradoksalnie - lokaty stały się bardziej dochodowe. To efekt walki o płynność, czyli o jak największą ilość pieniądza w kasie. Czy decyzje banków BGŻ i DomBanku o obniżce ceny kredytu oznaczają, że walka o klienta na polu kredytów hipotecznych zaczyna się na nowo?
Świat hipotek odwrócił się o 180 stopni. Ilość i wartość nowo udzielanych kredytów to dzisiaj połowa tego, co w analogicznych miesiącach roku ubiegłego. Jednocześnie marże odsetkowe, a więc część oprocentowania kredytu przypadająca na zarobek banku, są ponad dwukrotnie wyższe. To pokazuje jak bardzo oddaliliśmy się od poziomów z czasów hossy. Dodatkowo widać jak wiele trzeba zrobić, aby się do nich zbliżyć. Nie ma szans, żeby to się stało z dnia na dzień. Potrzeba miesięcy, a może nawet lat.
Marże hipoteczne są dzisiaj wysokie. Oferta na poziomie 2 pkt. proc. plus WIBOR jest uznawana za dobrą, a są przecież banki, które każą sobie płacić nawet dwa razy więcej. To dużo, jest więc z czego schodzić. Dlatego redukcja stawek o 0,5 pkt. proc., bo o takich dzisiaj mówimy, nie wnosi wiele do sprawy. Hipoteki pozostają drogie, nie będzie szturmu na placówki bankowe. Żyjemy więc dalej w tej samej rzeczywistości, kredytowej posuchy. Może jest jednak tak, że myślenie bankowców się zmienia? W końcu banki będą musiały rozkręcić akcję kredytową, bo przecież zebrane drogo depozyty muszą zacząć na siebie zarabiać. I oby decyzje Banku BGŻ i DomBanku były tego zwiastunem.
Bartosz Michałek