
Rzeczywiście są to państwa, których gospodarki należą do najbardziej rozwiniętych na świecie. Z drugiej strony jednak ich aktualnej kondycji gospodarczej nie można uznać za zdrową. Jeżeli weźmiemy jeszcze pod uwagę strefę euro czy Szwajcarię, pomimo spowolnienia gospodarczego, radzą sobie one nie najgorzej. Japonia boryka się z dwucyfrowym spadkiem PKB, ale o nią też jestem relatywnie spokojny. Moim zdaniem ciekawa sytuacja ma za to miejsce w Stanach Zjednoczonych i wydaje mi się, że głównie na niej warto się skupić.
Koniec pewnej ery
Do czasów obecnego kryzysu Stany Zjednoczone uchodziły za ostoję liberalizmu gospodarczego, kierującą się racjonalnymi zasadami polityki monetarnej. Teraz jednak teza ta musi ulec daleko idącej weryfikacji. Świadczy o tym chociażby fakt, że całkowite zadłużenie Stanów Zjednoczonych wynosi prawie 60 bilionów dolarów (suma ta obejmuje zadłużenie: administracji publicznej na szczeblu rządowym i stanowym, gospodarstw domowych, amerykańskiego sektora finansowego, pożyczek zagranicznych oraz długi przedsiębiorstw). Oznacza to, że każdy z obywateli ma średnio do spłaty ponad 180 tys. dolarów. Co najgorsze, jestem przekonany, że rządowy plan ratunkowy dla amerykańskiej gospodarki wcale nie postawi jej na nogi, a jedynie odsunie w czasie realny problem, jakim jest powszechne w USA życie na kredyt. Dotyczy to wszystkich, począwszy od rządu a skończywszy na zwykłym obywatelu.
Kto za to płaci?
Odpowiedź jest oczywista, chociaż bardzo często pomijana przez ekonomistów. Płacą wszyscy, którzy kupują amerykańską walutę. Kolokwialnie rzecz ujmując, cały świat dostarcza Amerykanom produkty dostając w zamian makulaturę. Bo czym innym jest amerykański dolar? Do tej pory chyba wszystkie państwa na świecie, posiadające rezerwy walutowe, kupowały głównie dolary, ufając w wypłacalność USA. Ale te wcale nie mają zamiaru spłacać swoich długów. Od jakiegoś czasu regularnie zwiększają za to podaż pieniądza, nakładając na pozostałe kraje tzw. podatek inflacyjny. Rozwiązanie wygodne, ale z pewnością mało komfortowe dla wszystkich poza USA, w szczególności zaś dla Chin. Ich rezerwy walutowe w dolarach na sumę około 2 bilionów dolarów, za które można kupić coraz mniej, na pewno nie są dobrą inwestycją. Czy Chiny zdecydują się zatem na wymianę chociaż części rezerw na euro? I w końcu kluczowe pytanie - jakie skutki miałaby taka decyzja dla każdego z nas?
Znaczne osłabienie dolara, aprecjacja euro to bez wątpienia kwestie, które interesują każdego z kredytobiorców posiadającego zobowiązanie denominowane do jednej z tych walut. Do tego zmiany te byłyby prawdopodobnie dużo większe niż dotychczasowe wahania kursowe.
Może dolar kosztowałby poniżej 1 zł, a euro prawie 7 zł? Jak wyglądałaby sytuacja na rynku kredytowym? Może za kilka lat kredyty zaciągać będziemy właśnie w chińskich yuanach, które już dzisiaj pretendują do miana waluty światowej. To wszystko kwestie otwarte.
Michał Kwiatkowski
Comperia.pl
~skoro dolar